Czy warto się suplementować ?
W scenach książek i filmów powstałych w latach 60-tych i 70-tych XX w pojawiły się wizje społeczeństwa przyszłości odżywiającego się zamiast śniadania, czy obiadu – garścią kapsułek. Czy wyobraźnia twórców sięgała za daleko ?
Nie. Przecież gdy utwory te powstawały, powszechne już były tabletki z witaminami syntetycznymi, koncentratami roślinnymi i ziołowymi. Popularność zaczęły zdobywać drażetki zawierające mikroelementy. Żołnierze, alpiniści, polarnicy – dysponowali już liofilizatami żywności.
Pisarze i twórcy scenariuszy pomylili się tylko w jednym : długo jeszcze gatunek ludzki nie zrezygnuje z (choćby niezdrowego) tradycyjnego obiadu. Jest ono zbyt przyjemne, oby w przewidywalnych dekadach kapsułka białkowo – lipidowa zastąpiła befsztyk, a liofilizowane węglowodany – świeżą bułeczkę.
Jeśli jednak chodzi o technologię, to niezwykle szybko dogoniła ona fantastykę. Już w latach 80-tych kosmonauci zabierali na orbitę idealnie zbilansowane porcje żywieniowe, które starczały im na wiele miesięcy, a ważyły… pół kilograma.
W tym czasie dokonał się zasadniczy przełom w nauce. Odkryto, jak wiele zależy od sposobu odżywiania i czym się ono różni od – po prostu jedzenia. Jakie pokarmy utrzymują organizm przez wiele lat w zdrowiu i kondycji, a jakie wpędzają w choroby. Kiedy i jakie jedzenie leczy, a jakie powoli, acz nieuchronnie zabija… Pojawiło się pojęcie odżywiania strukturalnego.
Rozszerzono, dość mylną jeszcze ćwierć wieku temu wiedzę o witaminach, mikroelementach, aminokwasach, tłuszczach, cholesterolu. Odkryto proantycyjany, antyoksydanty, aktywne biopolimery, probiotyki, koenzymy, likopeny, przyjazne bakterie, indeks glikemiczny – i wiele innych prawd o odżywianiu. Mimo, że więcej jest ciągle jeszcze w biochemii, medycynie i dietetyce do zbadania, niż dotąd ujawniono – to obecnie, mając nieobarczone chorobami dziedzicznymi geny i już dostępną wiedzę o prawidłowym odżywianiu się – można śmiało poważyć się na pokierowanie swoim życiem, swoją gospodarką aminokwasową, witaminową i innymi czynnikami tak, by móc liczyć na słynne, życzeniowe sto lat.
Suplementy diety, to nie doraźne lekarstwa, lecz po prostu żywność zawierająca kwintesencję tego, co najwartościowsze w poszczególnych produktach. Suplementy nie zastępują diety, lecz utracone wartości odżywcze pokarmów. Im mniej urozmaicony jest nasz jadłospis, im więcej spożywamy produktów przetworzonych, im więcej zdrowych potraw najzwyczajniej nie lubimy, im więcej w naszym życiu nieregularności posiłków i snu, stresu i używek – tym bardziej uzasadniona jest suplementacja, absolutnie bez patrzenia na to, że dziś jesteśmy jeszcze młodzi biologicznym wiekiem, zdrowi, żwawi, witalni. Że nie mamy zmarszczek, bólów, kłopotów z potencją, wzrokiem, słuchem, zadyszki na schodach, itd., itp. Jeśli ma być tak przez wiele, wiele lat musimy nauczyć się „inżynierii żywienia”. Korzystać praktycznie z posiadanej wiedzy już przez ludzkość niemałej wiedzy o bezpośrednim związku pomiędzy długością i jakością zdrowotną egzystencji, a tym co spożywamy
Albo w sposób mądry korzystać z suplementów diety.
Literatura na temat zasadności systematycznego, wieloletniego spożywania suplementów diety jest tak duża i powszechnie już dostępna, że nie byłoby zasadnym wyważanie drzwi już otwartych. Należy jednakże także pamiętać o pewnych dość istotnych problemach natury wręcz politycznej, które dotykają suplementacja.
Już to jest obecnie ogromy wprost biznes. Idący w miliardy dolarów. I jak dotąd wymykający się jeszcze w istotnej części wielki koncernom farmaceutycznym. Witamin, mikroelementów, ekstraktów roślinnych czy ziołowych nie da się ponownie opatentować, tak jak czyni się z lekami, a tym samym – trzymać nad nimi kontroli poprzez dystrybucję korporacyjną. Trudniej tu o zmowy cenowe, o monopole i wszystkie inne świństwa – obserwowane w farmakologii.
Jednakże potężne korporacje nie „odpuszczą”. Miejmy świadomość, że wszelkie materiały krytyczne, wszelkie próby atakowania swobodnego rynku suplementów diety, wszelkie „sensacyjne odkrycia” na temat np. szkodliwości jakichś witamin w suplementacja – to najczęściej brudna gra na przejęcie wielkiego biznesu, na wycięcie z tego rynku wszystkich, którzy nie przynoszą zysku korporacjom.
Kampanie podnoszące tezy, jakoby wszystko co organizm potrzebuje do zdrowego funkcjonowania można odnaleźć w codziennym, właściwie zbilansowanym pożywieniu są kapitalistyczną, współczesną wersją radzieckiej propagandy z lat 30-tych mówiącą, że wszystkie niezbędne witaminy znajdują się w chlebie.
Istnieje nawet nieco spiskowa teoria, że „ogólnoświatowa mafia farmaceutyczna” nie jest zainteresowana tym, by dotychczasowa klientela na chemiczne lekarstwa o nader różnej skuteczności, wskutek narastania trendów ku suplementacja ( a więc profilaktyki) – osłabia target lekarstw ujęty w apteczną dystrybucję na recepty, w pełni kontrolowany przez koncerny i niesłychanie dochodowy.
Dość głośno w ostatnich latach o teorii, którą ogłosił kalifornijski badacz Matthias Rath. Mówi ona, że koncerny farmaceutyczne prowadzą świadomą politykę niedopowiedzianej zmowy, której celem jest – mówiąc na skróty – spowodowanie, byśmy żyli jak najdłużej, ale… chorzy od najmłodszych lat, uzależnieni od wizyt u lekarzy i zakupów w aptekach. Takiej polityce oczywiście profilaktyka suplementacyjna nie może być w smak. Profilaktyka zawsze była tańsza i skuteczniejsza od leczenia. Pozwalała obyć się długie lata bez medyków i aptekarzy. Tym samym nie dając im zarabiać…
To dlatego – twierdzi Rath – co i rusz wypisuje się bzdury o szkodliwości lub ryzyku konsumowania suplementów, o przerażających możliwych skutkach przedawkowania witamin itp. Lub dla odmiany – o całkowite nieskuteczności suplementów, wręcz o naciąganiu na ich zakup rzesz pacjentów, czy raczej jeszcze – klientów. Koncerny nie mogą objąć suplementów monopolem, jako że są one w istocie żywnością. A więc czynione są zakusy, by im status żywności odbierać.
Dość skandaliczne próby zmian w ustawodawstwie USA i UE, zmierzają do tego, że jeśli jakiś składnik, nawet naturalny, uzyska rejestrację jako lek – to dystrybucję wszelkich produktów, jakie go zawierają, zmonopolizować w aptekach.
Zwolennik teorii Ratha, dr. Kaminsky pisze, że jest to powrót średniowiecza. Kościół katolicki według niego – nie dlatego palił dziesiątki tysięcy kobiet żywcem na stosach, że „czarowały”, lecz głównie dlatego, że mając wiedzę o medycynie naturalnej, zielarstwie itp. Ingerowały w „wyroki boskie” podtrzymując przy życiu osoby nieproduktywne, czy np. podając kobietom środki poronne. Kaminsky przytacza setki dokumentów procesowych o czary, w których ofierze darowano życie, jeśli wyrzekła się leczenia konkurencyjnego dla lokalnego klasztoru.
Matthias Rath twierdzi, a wtóruje my wybitny badacz, laureat nagrody Nobla prof. Linis Pauling – że ludzkość nie ma pojęcia ilu rodzajom nowotworów, absolutnie skutecznie i to w przypadkach większości osób zapobiegać można poprzez wieloletnie, systematyczne nasycanie organizmu dużymi dawkami witaminy C. Która jest tania, której nie sposób przedawkować i która poza tym chroni nas przed infekcjami, oksydacją wolnych rodników i zapewnia w sposób ciągły i nie zakłócony maksymalną ilość procesów kolagenogenezy. Rzecz w tym, mówią wspomniani lekarze, że witaminy C nie da się opatentować, ani reglamentować, by kontrolować jej cenę. Dlatego rozpoczął się atak nawet na niewinne witaminy. I jednocześnie próby zakazania ich sprzedaży każdemu, kto chce nimi handlować.
Korporacje, twierdzi Rath, chcą mieć nas chorych, dlatego jeśli nie będziemy się bronić przed nimi, to medycyna naturalna znajdzie się znowu w sytuacji średniowiecznych czarownic. Dystrybutorów i producentów suplementów diety, nie da się już wprawdzie dziś spalić na stosach, ale można ich zohydzić szerokiej opinii publicznej, zniszczyć ekonomicznie i przejąć ich sektor rynku. Gdy zaś się to już stanie – suplementy diety okażą się wspaniałe. Tak jak zioła i nalewki czarownic, okazały się wyśmienite i porządne, ale dopiero wtedy, gdy mikstury z nich sporządzali mnisi w klasztorach.
Jesteśmy lekarzami i nie godzimy się z teoriami spiskowymi w bardzo złym świetle stawiając nasze środowisko. Coś jednak jest na rzeczy, a głosów ludzi takich jak Matthias Rath nie może lekceważyć. Stoi za nimi silny argument moralny. W tym co mówią – nie mają, w odróżnieniu od korporacji, wielkiego interesu. Na witaminie C milionów się nie dorobią.
Prawda leży zapewne, jak zazwyczaj, po środku. Istnieją firmy wytwarzające kiepskiej jakości suplementy, które sprzedają je potem za niezasadnie duże pieniądze. Przykładem niech będą rozliczone „ kolageny” w drażetkach – w istocie nie wiele warta „padlina” peptydowa, lub po prostu żelatyna zwierzęca. Czy „dropsy” rozpuszczalne w wodzie, nasycone dla smaku bardzo szkodliwymi słodzikami. I być może rzeczywiście działalności takich „dostawców suplementów” ustawodawstwo powinno się przyglądać. Natomiast wszelkie próby ograniczenia konsumentom swobodnego dostępu do suplementów diety, jak i wszelkie kampanie skierowane przeciwko suplementacja w ogóle – należy oceniać jako wysoko naganne. Jako bardzo szkodliwe. Ciśnie się na usta słowo mocniejsze.
Szkodliwe są także próby rozpętywania ciągle od nowa dyskusji „ czym właśnie są te podejrzane kapsułki”, dystrybuowane poza kontrolą wszelkich koncernów. Wszelkie kapsułki dzielą się bowiem tak naprawdę tylko na dwa rodzaje: produkty medycyny zdrowia i produkty medycyny choroby.
Pierwsze bierze się po to, by nie być chorym, a drugie – kiedy chorym się jest.
Jeżeli w ogóle by kiedykolwiek rozpatrywać, czy suplementy diety leczą – należy odpowiedzieć – owszem tak, ale na tej samej zasadzie, na jakiej leczy zdrowa żywność. Lub też leczą, bo od wieków leczyły wiele chorób, tak jak np. wyciąg z korzenia żen-szeń.
To nie jest wina osób, którym preparat X, czy Y pomaga terapeutycznie, że nie jest on zarejestrowany jako pełnoprawny lek. I że jest dostępny poza kontrolą korporacyjną.
W rzeczywistości suplementacja jest większości z nas bardzo potrzebna. Rysunek suplementów, w odróżnieniu od chemii farmakologicznej – rozwija się dzięki podglądaniu natury. Obserwowano od wieków, że osób zjadających codziennie tylko jeden ząbek czosnku – znacznie rzadziej imają się infekcje. W efekcie mamy obecnie suplement diety – czosnek w kapsułkach, nic gorszy od naturalnego, a nie zmieniający nam oddechu
Drożdże piwne, skrzyp, omega 3, olej z wiesiołka, wyciąg z gryki, glukozamina, olej z pestek dyni, kwas bosweliowy, linolowy, ocet jabłkowy, tran wielorybi, ginko biloba, korzeń żeń-szenia, błonnik roślinny, L-karnityna, koenzym Q-10, magnez, chrom, krzem, selen i inne minerały. Witaminy aloesu, ananasa i wielu innych roślin. Wyciągi z herbat, ziół, skórek, pestek, kiełków, kory drzew i pędów wzrostu. Izolaty białkowe, antyoksydanty, wolne aminokwasy, „dobre” tłuszcze, flawonoidy, likopeny, karoteny, probiotyki i wiele jeszcze bezcennych dla ustroju substancji zamkniętych najczęściej w kapsułki.
Jeśli ktoś twierdzi, że wszystkie one są zbyteczne, że zażywanie wszystkich ich jest ryzykowne lub nic nie daje organizmowi – jest on ignorantem lub ma złe zamiary.
Zapewnić organizmowi idealnie zbilansowaną dietę przez pełny rok, przez wiele lat – opartą o pokarmy, jakie jadają na co dzień najdłużej i najzdrowiej żyjące na świecie nacje – jest to nierealna mrzonka. Wiele potraw jest bowiem drogich, sezonowo niedostępnych, a wielu nigdy nie polubimy. W związku z tym nic nie będziemy ich systematycznie zjadać.
Dlatego właśnie rady, by wszystkie składniki odżywcze bilansować w naturalnym, nieprzetworzonym pożywieniu, są wspaniałe, ale w życiu mało przydatne.
Nie trzeba wszak lubić tłustych ryb, by zapewnić ustrojowi stałe dostawy wielnonienasyconych kwasów tłuszczowych. Są w kapsułkach. Nie trzeba lubić surowej, dla wielu nieprzyjemnie włóknistej w smaku marchewki. Wystarczy pić świeżo wyciskany sok z marchwi i łykać błonnik w tabletkach.
I tak jest z wieloma potrawami. Czy możliwe jest zjadać chętnie i systematycznie wszystko to, co zdrowe i skutecznie jednocześnie unikać pokarmów toksycznych? Czy można jeść przez większość życia tyle łososia, co Norweg, czy Kanadyjczyk? Tyle jogurtu, papryki i pomidorów, co Bułgar ? Oliwy z oliwek i owoców morza co Hunza? I oczywiście zjadać to wszystko na raz, plus górę warzyw, owoców, drogiu, gryki, ciemnego, pełnoziarnistego pieczywa, roślin strączkowych i torfu? Oczywiście popijając sokami przecierowymi, dobra wodą mineralną, kozim mlekiem, oskołą, zieloną herbatą i czerwonym winem ?
To absolutnie nie jest możliwe – i dlatego należy spożywać suplementy diety.
Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, niechaj przyjrzy się najlepiej udokumentowanym, bo najdłużej trwającym doświadczeniom na tym polu w USA.
Amerykanie osiągnęli jako społeczeństwo maksymalną średnia długość życia, na jaką może mieć wpływ obecny poziom medycyny. Sprowadzili do promille umieralność niemowląt przy porodzie i w początkowym okresie ich życia. Zmniejszyli skutecznymi kampaniami ilość palaczy tytoniu. Mają bardzo rozwiniętą transplantologię i wiele innych dziedzin medycyny, które przedłużają życie ludzkie. Jednakowoż średnia życia Amerykanów w dalszym ciągu się nie wydłuża. Badacze są zgodni, że możliwe to jest już jedynie przy zmianach zwyczajów żywieniowych.
Tylko, że mieszkańcy USA w masie statystycznie istotnej… nie zmieniają zwyczajów żywieniowych w korelacji z wydłużającą się średnią życia i – co jeszcze ciekawsze – z polepszającym się generalnie ich zdrowiem.
Obok „paradoksu francuskiego” dotyczącego średniej życie przez niezbyt zdrowym jadłospisie narodowym, dietetycy mają do rozgryzienia także „paradoks amerykański”. Amerykanie nie uprawiają bynajmniej masowo sportów ( jak np. Skandynawowie), a ich struktura spożycia wskazuje na trendy niezmiennie niezdrowe, czego zresztą dowodzi fakt, że społeczeństwo nieustannie tyje.
Jakim więc cudem naród leniwych grubasów, objadających się Fast-foodami żyje coraz dłużej, mając przy tym coraz lepszą morfologię, poziom cholesterolu, cukru, limfo-, neutro-, mono-, i bazocytów ? Coraz lepsze OB, EEG, EKG ?Przy czym są to dane sporne, gdyż weryfikowane przez ich najsurowszych cenzorów – kompanie ubezpieczeń na życie.
Co właściwie sprawia, że Amerykanie i Kanadyjczycy są coraz odporniejsi na infekcje, mają zdrowsze serca, wątroby, nerki i stawy? Gęstszą skórę i matrycę kostną? Dlaczego realnie obniżył się tam przez ostatnie ćwierćwiecze wiek biologiczny metrykalnych 60-cio i 70-cio latków?
Otóż mieszkańcy USA i Kanady od ponad 20-tu lat uzupełniają codzienny posiłek suplementami diety w postaci kapsułek, wyciągów, probiotyków. W 1987 roku czyniło to 17%, a w 2005 r. 48% dorosłych respondentów – a tym aż 34% systematycznie ! Od dziesięciu lat wytwarzają też tzw. żywność funkcjonalną.
Jest faktem, że statystyczny Kalifornijczyk nadal pochłania wielokrotnie częściej frytki z majonezem i hamburgera, popijając to coca-colą, niż zdrowy posiłek popity zdrowym sokiem. Ale faktem jest także to, że ten sam Kalifornijczyk ma dużą wiedzę na temat potrzeb swojego organizmu i połyka najwięcej spośród mieszkańców planety kapsułek, w których odnajdziemy takie esencje, jak oleje rybie i nasienne, wyciągi z dyni, karczochów, brokułów, gryki, alg morskich, noni, skrzypu, aloesu, kory cynamonowca, żeń-szenia, drożdży, miłorzębu, białej i zielonej herbaty, czosnku, a także wielu innych bylin, kwiatów, jagód, orzechów, pędów wzrostu, korzonków, kiełków i ziół, które zawierają substancje przeciwutleniające i hamujące rozwój rodników Grybów, wirusów. Flawonoidy, antropo cyjany, peptydy i wolne aminokwasy. Również likopen, koenzymy, beta karoten, glikoniugaty, niacynę, glukozaminę, luteinę, karnitynę. Octy i octany. Witaminy i minerały jak np. A, E, C, KI, BI, B2, B6, B12, D, F, PP, wapń, fosfor, magnez, potas, żelazo, jod, miedź, mangan, chrom, molibden, selen, cynk i inne. A także wiele nie wymienionych, a potrzebnych ustrojowi substancji, których zapotrzebowanie dobowego na pewno nie zaspokajają hamburgery z frytkami – a jednak organizmy statystycznie rosnącej ilości amerykańskich konsumentów mają ich przeważnie – pod dostatkiem.
Jak można z tego wnosić – Amerykanie mają rację. Trudno kwestionować wnioski naukowe oparte o dane z największego rynku i z największej bazy respondenckiej na świecie. Suplementacja nie podlega zresztą dyskusji w kręgach ludzi świadomych jej zalet i możliwości. Od kilku lat – już także w Europie.
Pozostaje jeszcze jedno zastrzeżenie. Ceny. Czy suplementy diety są drogie? Owszem tak. Różnie to bywa w różnych krajach i rzeczywiście nie trudno o suplementy nie warte w rzeczywistości żadnej zapłaty. Jest to jednak tylko kwestia czasu. Na rynkach „wyrobionych” kiepskie produkty w sektorze wellness szybko eliminuje brak popytu.
Te najwartościowsze istotnie są wszędzie relatywnie drogie, ale przecież nie droższe od papierosów, alkoholu i innych używek. Więc dywagacje o ich cenie nie mają wielkiego sensu. Na suplementacja stać niemal każdego. Nie jest to kwestia tak naprawdę pieniędzy, lecz indywidualnego wyboru; na co je wydajemy. Kwestia priorytetów.
Kto uważa dziś, że suplementy – czyli preparaty medycyny zdrowia – są dla niego za drogie, ten wyda i tak nieuchronnie znacznie więcej pieniędzy na preparaty medycyny chorób. Kto dziś załuje na omega 3, ten będzie kupował w kapsułkach statyny i inne leki nasercowe. Kto dziś żałuje na glukozaminę, ten poniesie wydatki na operacje stawów.
Czy istnieje granica ceny profilaktyki przeciwrakowej? Czy zdrowie w ogóle ma cenę? Jak widzimy w życiu praktycznym – owszem ma. Ale skoro już tak jest, to płaćmy cenę niższą. Profilaktyka zawsze była tańsza od leczenia.
Edukacji na tym polu nigdy za mało. Ciągle są kraje i środowiska, gdzie na osobę połykającą np. w barze garść kapsułek i drażetek do śniadania – konsumenci z sąsiednich stolików pozierają ze współczuciem, jak na kogoś bardzo chorego lub z niechęcią, jak na narkomana. Ciągle jeszcze jest wielu lekarzy niezbyt rozumiejących potrzebę suplementacja i potrafiących ją odradzać, a nawet wykpiwać. I farmaceuci, którzy mają na półkach swoich aptek wiele suplementów, natomiast na półkach w swojej głowie znikomą wiedzę o nich.
To się powoli, ale progresywnie zmienia. Wiele już osób na Ukrainie i w Rosji wie, że np. ekstraktem z pokrzyw czy skrzypu, obojętnie czy naparzanymi z ziół, czy tabletkowanym – wyleczy po kilku miesiącach łamliwość włosów i paznokci. Że jedząc przez trzy miesiące czosnek, obojętnie czy surowy czy kapsułkowany, wyleczy się z chronicznych przeziębień, uodporni i jeszcze poprawi wyniki na cholesterol.
Ale już mniej panów posiada wiedzę, że systematycznie, codziennie jedząc olej z pestek dyni zatrzymają całkowicie dalszy rozrost prostaty. Że spożywając 3-4 gramy oleju z łososia ( lub omega 3 w obojętnej postaci) spowodują zahamowania zabudowywania się ich tętnic płytkami cholesterolowymi, co powoduje utrudnienie w przepływie krwi, a tym samym obniża im potencję i zwiększa ryzyko zawału, czy udaru.
Naprawdę zaś niewiele już osób wie, że wyciąg z gryki zapobiega pogarszaniu się słuchu i wielu innym problemom, a luteina i inozytol – pogarszaniu wzroku. Że codzienna dawka glukozaminy hamuje zużywania się stawów, a wyciąg z karczocha regeneruje wątrobę. Że skwarem uodparnia na większość infekcji, a kora cynamonowca obniża poziom cukru we krwi.
Czy zatem skwarem, inozytol, kora cynamonowca i glukozamina – pora już postawić to pytania – mają wiele szans znaleźć się w naszej diecie, w codziennym pożywieniu? A jeśli nie, to czym nazwać publikacje i wypowiedzi przeciwne suplementacja diety ?
Suplementacja jest pewnym skrótem, który przybliża nas do żywności funkcjonalnej – czyli takiej, jaka według dietetyków będzie stanowić do 2012 roku jedną czwartą produktów żywnościowych produkowanych w krajach wysoko rozwiniętych. Jest to realne. Produkty żywności funkcjonalnej coraz częściej pojawiają się w sklepach.
Żywność funkcjonalna – według definicji W. Klimienki z Akademii Nauk Federacji Rosyjskiej – to wszelka żywność, która na skutek obecności substancji biologicznie czynnych, bądź też usunięcia składników anty żywieniowych, wywiera pozytywny wpływ na zdrowie człowieka.
Z nieuchronną ekspansją żywności funkcjonalnej nikt specjalnie nie polemizuje. Dlaczego? Bo stoją za nią równie potężne koncerny, jak za „biznesem chorób” – farmaceutyką. Suplementy diety nie mają takiego handicapu – właśnie dlatego, że się kontroli korporacji ciągle jeszcze wymykają.
Przykładów na niekwestionowalną skuteczność suplementów są dziesiątki. I nie są to oddziaływania rodzaju : „być może”. Przy zachowaniu konsekwencji – są to zachowania (nie wyniszczonego oczywiście jeszcze chorobą) organizmu tak pewne jak niemal 2 x 2 = 4. Jak to, że zjadając uderzeniową dawkę witaminy C, z refleksem, natychmiast po pierwszej serii kichnięć – zatrzymamy nieuchronnie zbliżające się przeziębienie. Proszę spróbować. To zadziała na pewno. I tak samo działa suplementacja, z tym, że zachodzi tu „gratyfikacja zdrowotna oddalona w czasie”. Trzeba wykazać cierpliwość i systematyczność.